Strona 1 z 1

Zygmunt Klukowski o Krasnobrodzie

: 18 gru 2016, 16:51
autor: krasnobludek
Zygmunt Klukowski o Krasnobrodzie

Tym sposobem wieczorem 3 listopada 1918 znalazłem się w Krasnobrodzie, małej mieścinie żydowskiej w powiecie zamojskim. Wynająłem jeden duży pokój u gospodarza Nawoja i na drugi dzień rano pierwsze kroki skierowałem do miejscowej apteki magistra Niedzielskiego. Zastałem tu młodego chłopca, praktykanta, któremu powiedziałem, kim jestem i że chciałbym zobaczyć się z aptekarzem. Po chwili wyszła do mnie pani Niedzielska, z którą, usiadłszy na kanapce, zaczęliśmy wstępną rozmowę. Zaledwie zamieniliśmy kilka pierwszych zdań, wlatuje z wnętrza domu służąca z przeraźliwym wrzaskiem: „Proszę pani, pan leży na ziemi nieżywy!”. Zerwała się z miejsca pani Niedzielska, ja za nią, wpadamy oboje do pokoju sypialnego i tam widzimy leżącego na podłodze w kałuży krwi pana Niedzielskiego z niewielką raną na skroni, a obok niego rewolwer.
Jak się okazało, mgr Niedzielski, prowadząc aptekę w ciężkich warunkach wojennych, nie mógł jej należycie zaopatrywać i żył w ciągłej obawie, co on będzie robił, jeżeli któregoś dnia przyjedzie na stałe jakiś lekarz i zacznie zapisywać normalne recepty, a on, przy swoich wielkich brakach, nie będzie w stanie ich wykonać. Ta myśl prześladowała go jak zmora i gdy praktykant zameldował, że przyjechał nowy lekarz, który ma zamiar tu się osiedlić – wystrzałem z rewolweru odebrał sobie życie.
Łatwo sobie wyobrazić, jakie to na mnie wywarło wrażenie i jak się wówczas czułem, będąc zupełnie mimowolnym sprawcą śmierci człowieka. Nie wiedziałem, co mi właściwie wypada robić. Pierwszą myślą było, by czym prędzej uciekać z Krasnobrodu, gdzie na wstępie spotyka mnie taka przygoda, nie stanowiąca dobrej wróżby. Lecz w kieszeni miałem zaledwie kilka koron, za które mógłbym dojechać najwyżej do Zamościa. Z konieczności więc zostałem w Krasnobrodzie.
Jakoś praktyka szczęśliwie od razu ruszyła z miejsca. Lekarzy w powiecie było mało [...]. Chłopi pieniędzy mieli dużo i chętnie udawali się do lekarzy. Toteż wkrótce zajęty byłem od rana do wieczora, miewając dziennie po kilkunastu chorych w domu i czasem po pięć–sześć wyjazdów.
[...] Z początku czułem się bardzo obco i nieswojo. Mieszkaniowe warunki miałem niezbyt pociągające, bo w jednym pokoju musiałem jeść, spać i przyjmować chorych. Znalazło się paru ludzi bardzo niezadowolonych z mojego przyjazdu – miejscowy felczer Polak i cyrulik Żyd, którzy, jak to często bywa, rozpoczęli przeciwko mnie całą kampanię. Używali przy tym ciekawego argumentu; mianowicie, widząc u mnie na stole i na półce sporo książek, dowodzili chłopom, że nic się nie znam na medycynie, że dopiero teraz się uczę i dlatego mam tyle książek. I jednego, i drugiego ignorowałem zupełnie. Po paru tygodniach felczer wyjechał, pozostał tylko cyrulik Lejbuś.
Byłem młody – nie miałem jeszcze ukończonych 34 lat – pełen zapału, chęci do pracy i do walki ze złem. Między innymi oburzałem się na Lejbusia, że zupełnie bez potrzeby, a tylko ze szkodą, na prawo i na lewo stawia cięte bańki wszystkim zgłaszającym się do niego chłopom. Postanowiłem to wykorzenić, a gdy kilkakrotne ostrzeżenia nie odniosły skutku, zawiadomiłem o tym oficjalnie lekarza powiatowego. W naiwności sądziłem, że rzecz będzie załatwiona na poczekaniu, sposobem administracyjnym. Tymczasem lekarz powiatowy przekazał sprawę do Sądu Pokoju w Krasnobrodzie.
Stanęliśmy któregoś dnia przed Wysokim Sądem – Lejbuś jako oskarżony, ja w charakterze oskarżyciela. Trzeba trafu, że sędzia był tego dnia nieobecny i sprawy sądzili dwaj ławnicy, starsi już obywatele gminy. Długo przemawiałem, dowodząc szkodliwości puszczania krwi bez potrzeby, ławnicy słuchali uważnie, lecz równocześnie patrzyli na mnie z politowaniem, że niby jestem uczonym lekarzem, a takie głupstwa gadam. Przecież im obydwu co roku na wiosnę Lejbuś musi krew puścić i tylko dlatego tak dobrze się trzymają... Oczywiście Lejbuś został uniewinniony, a ja, jak mówią Rosjanie, w durakach ostałsia.
Wypadek ten ogromnie zniechęcił mnie do urzędowego zwalczania partactwa lekarskiego.
Chorych miałem dużo, zwłaszcza męczące były bardzo częste wyjazdy. Nieraz wracałem o północy od chorych do domu, ze strachem z daleka wypatrując, czy aby jeszcze jakaś furmanka na mnie nie czeka. Raz na tydzień w dni targowe jeździłem do Józefowa, gdzie nie było lekarza i tam przyjmowałem chorych w pokoju przy aptece.
W miesiącach zimowych zaczęła gwałtownie szerzyć się epidemia tyfusu plamistego. Była to prawdziwa klęska. Czegoś podobnego nigdy przedtem ani potem nie widziałem. Wzywano mnie czasem do wsi, gdzie prawie w każdej chałupie byli chorzy. W niektórych domach bywali chorzy absolutnie wszyscy – w różnych stadiach choroby. W jednej chałupie zastałem chorą całą siedmioosobową rodzinę. Wszyscy leżeli na słomie, na ziemi, a pośrodku stał duży kubeł z wodą, którą jakiś sąsiad przyniósł im z litości. W innych znów chatach widziałem zmarłych, których pogrzebaniem nie było komu się zająć. Zdrowi jeszcze sąsiedzi bali się zachodzić do chałup, gdzie byli chorzy, ozdrowieńcy zaś po przebytej chorobie byli zbyt słabi, by pomagać innym.
Nigdy nie zapomnę, co mi się przytrafiło w jednym domu, gdzie było kilku chorych. Sam gospodarz jeszcze trzymał się na nogach, ale już widać było, że lada dzień i on się położy. Chodziła koło chorych całkiem jeszcze zdrowa żona owego gospodarza, kobieta lat trzydziestu kilku. Otóż kiedy po zbadaniu chorych i przepisaniu im odpowiednich lekarstw miałem już wychodzić, baba odwołuje mnie na stronę i powiada dosłownie: „Niech pan doktór i mnie coś doradzi, tyle tu zmartwienia z temi choremi, a ja mam taki hapetyk na męża, nie mogę wytrzymać...”.
Wracałem do domu bardzo późno, szczelnie otulony w swoje olbrzymie niedźwiedzie futro i czułem, jak mnie samego wszy gryzą. Pracując w takich warunkach, zdawałem sobie doskonale sprawę, że choroba mnie nie ominie. I rzeczywiście, 20 lutego 1919 dostałem gorączki, przez dwa dni jeszcze pracowałem i jeździłem do chorych, a 22 lutego już na dobre położyłem się do łóżka. [...] Telegraficznie wezwałem z Warszawy żonę, która sama będąc lekarzem bardzo energicznie i z pełnym poświęceniem zajęła się ratowaniem mnie z tej fatalnej choroby. Jej przede wszystkim zawdzięczam, że utrzymano mnie przy życiu.
Przez wiele dni byłem nieprzytomny. Leczeniem mnie zajęli się dwaj najzacniejsi moi koledzy z Zamościa: dr Bolesław Bogucki i dr Stefan Madler, który w niespełna dwa miesiące potem sam padł ofiarą tej strasznej choroby [...], mając lat 33. [...]
Jednostajne i szare było życie w Krasnobrodzie. Mała zażydzona osada, otoczona lasami, odległa od kolei 12 kilometrów, a od Zamościa około 20, żyła swoim małostkowym, codziennym materialnym życiem. Naokoło nie było ani kawałka szosy, drogi piaszczyste lub błotniste utrudniały komunikację. [...] Towarzystwo miejscowe było nudne i nieciekawe. [...]
Chciałem więc – z jednej strony – wyrwać się z Krasnobrodu i znaleźć dla siebie bardziej odpowiednią pracę w jakimkolwiek szpitalu, z drugiej zaś – tak się rozmiłowałem w moich studiach nielekarskich, że szkoda mi było je przerywać, a bałem się, że gdzie indziej nie będę miał na nie tyle czasu, co tutaj.
I tak schodził mi dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, aż kiedyś w październiku przyjechał do mnie lekarz powiatowy, dr Mędrkiewicz, i zaproponował objęcie szpitala w Szczebrzeszynie, małym miasteczku, też w powiecie zamojskim. Przed paroma dniami umarł tam na tyfus plamisty lekarz i szpital pozostał bez kierownika. [...]



7 października 1918 przyjechałem z Rosji do Warszawy, goły jak turecki
święty. Parę walizek z resztkami rzeczy i trochę książek stanowiło cały mój
majątek. Od razu musiałem szukać jakiegoś zarobku. Poszedłem to tu, to tam,
udałem się do Ministerstwa Zdrowia, lecz wszędzie odprawiono mnie z
kwitkiem. Przypadkowo spotkałem kolegę z krakowskiego uniwersytetu,
doktora Stefana Madlera, który w tym czasie był zastępcą lekarza powiatowego
w Zamościu. Dowiedziawszy się o mojej dość smętnej sytuacji, zaproponował,
żebym jechał do Zamościa, a on postara się urządzić mnie gdzieś w powiecie.
Tym sposobem wieczorem 3 listopada 1918 znalazłem się w
Krasnobrodzie, małej mieścinie w powiecie zamojskim. Jednostajne i szare
było życie w Krasnobrodzie. Mała zażydzona osada, otoczona lasami, odległa
od kolei 12 kilometrów, a od Zamościa około 20, żyła swoim małostkowym,
codziennym materialnym życiem. Naokoło nie było ani kawałka szosy, drogi
piaszczyste lub błotniste utrudniały komunikację. [...] Towarzystwo miejscowe
było nudne i nieciekawe. [...]
Chciałem więc- z jednej strony- wyrwać się z Krasnobrodu i znaleźć dla
siebie bardziej odpowiednią pracę w jakimś szpitalu, z drugiej zaś tak się
rozmiłowałem w moich studiach nie lekarskich, że szkoda było je przerywać, a
bałem się, że gdzie indziej nie będę miał tyle czasu, co tutaj.
I tak schodził mi dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, aż kiedyś w
październiku przyjechał do mnie lekarz powiatowy, dr Mędrkiewicz, i
zaproponował objecie szpitala w Szczebrzeszynie, małym miasteczku, też w
powiecie zamojskim. Przed paroma dniami umarł tam na tyfus plamisty lekarz i
szpital pozostał bez kierownika. [...] 20 października 1919 wieczorem
przyjechałem do Szczebrzeszyna. Nie przypuszczałem wówczas, że tyle lat
wypadnie mi tu przeżyć.


źródło: Dr Zygmunt Klukowski: wspomnienia z lat 1918--1939